Jak sprawić, by partner lepiej zrozumiał Twoje potrzeby?

“Jak miło, że pamiętałeś!” – czyli mały przewodnik po (nieudanych) prezentach walentynkowych

Na moment przed tegorocznym Świętem Zakochanych przyglądam się intrygującym przedmiotom i atrakcjom, jakimi na przestrzeni lat obdarowywali mnie panowie. Im dalej w las, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tzw. „nieudane prezenty” to klucz do świata męskich wyobrażeń na temat kobiecych potrzeb. Jak się często okazuje, niekoniecznie zgodnych ze stanem faktycznym. Drogie panie, zapnijcie pasy, bo lecimy właśnie w fascynującą podróż pełną przygód.

Pracę nad artykułem zaczęłam od spisania wszystkich dziwnych/ śmiesznych/ strasznych prezentów walentynkowych, jakie pamiętam. I wiecie co? Gdybym zebrała w jednym miejscu wszystkie miłosne upominki, które znalazły się na mojej liście, mogłabym otworzyć Galerię Osobliwości. Ewentualnie Muzeum Męskich Zmagań Walentynkowych.

Jestem przekonana, że znajdziecie tu niejedną perełkę, którą znacie z własnego doświadczenia. 14 luty to zdecydowanie najbardziej zabawny dzień roku. 

Pąsowy namiot i liść laurowy

Zacznę od klasyki gatunku, czyli bielizny. Wielu panów ma w głowie chytry plan: wybrać taki prezent, który posłuży obu stronom. I nie ma w tym nic niewłaściwego. W końcu liczy się wspólna zabawa, prawda?

Myślę, że scenariusz może wyglądać tak: dzielny poszukiwacz walentynkowych skarbów korzysta z map, podpowiedzi i wszelkich znaków, które ukazują się jego oczom na drodze do celu. Jest czujny i skupiony. Uważnie wypatruje pomocnych komunikatów, a te zdają się mówić jednym głosem: KUP JEJ CZERWONĄ BIELIZNĘ!! Mam to! – myśli – Złamałem walentynkowy kod.

W ten właśnie sposób, kilka lat temu dostałam w prezencie hit miłosnego sezonu: koronkowy komplet w kolorze wściekłej czerwieni, który prezentuje się pięknie. (Ale na ciele latynoskiej piękności o idealnej karnacji).

Rozmiar?

Elastyczne stringi ładnie rozciągały się w… dłoniach, a góra była ukłonem w stronę bujnych, kobiecych atutów. Niekoniecznie moich. Aż chciałoby się zakrzyknąć: dwa rozmiary w kontekście miseczki to bardzo dużo! Za dużo. Znacie to, dziewczyny? 

TIP: Wiem, że wiele z Was w takiej sytuacji tupnie nóżką i zwątpi w lubego. A może warto na to osobliwe zjawisko spojrzeć z nieco innej perspektywy? Mężczyzna, który podejmuje się tak karkołomnego wyzwania, jak zakup bielizny, zasługuje na szacunek. Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która sama nie miała zagwozdki, szukając idealnego kompletu dla siebie. Czerwony diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w danych.

Mamy co najmniej 2 opcje: albo wcześniej wyposażymy wybranka w szczegółowe informacje o idealnym kroju i rozmiarze (Kapitanie Koronka, proszę podać współrzędne!), albo… sugerujmy bon podarunkowy do ulubionego butiku. Wymarzony komplet gwarantowany.

Dubel, choć nie bubel 

Ten przypadek sprawił, że Walentynki stały się dla mnie… Dniem Świstaka. True story. Jednego roku dostałam parę gustownych kolczyków mojej ulubionej marki (cudeńka pochodziły dodatkowo z limitowanej kolekcji). Byłam pod wrażeniem wnikliwego researchu i doskonałego wyboru, jakiego dokonał mój dzielny partner.

To było jedno z tych wydarzeń, które miało moc obalania stereotypów o mężczyznach nieznających gustu swoich partnerek. Bo oto książę z bajki znał mój gust, wiedział czym się kierować i wybrał najlepiej jak mógł. Dla mnie. Pięknie. W punkt.

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że rok później, z tej samej okazji dostałam… te same kolczyki. W identycznym pudełku. Z identyczną kokardką. Oczywiście, zgadzam się z powiedzeniem, że najbardziej kochamy te przeboje, które już znamy, ale jednak… Czar prysł, a w miejsce starego stereotypu zgrabnie wjechał nowy: mężczyźni nie mają głowy do błyskotek i nie łudź się, że będą przywiązywali wagę do szczegółów.

Żywe wyjątki od tej smutnej reguły serdecznie pozdrawiam! 

TIP: Jeśli marzymy o czymś ładnym, co trafia w nasze gusta i nie będzie zdublowane przy kolejnej okazji, mamy 2 wyjścia: albo kilka tygodni wcześniej rozpoczynamy kampanię kierującą jego uwagę na konkretny przedmiot, albo… sugerujemy bon do ulubionego jubilera. Brzmi jak przypadek z bielizną? Zdecydowanie! Wszystkie mamy deja vu.

Męska rzecz

Mężczyzna, który chce dzielić z partnerką pasje i aktywności to prawdziwy skarb. Niejedna z nas doceni propozycję wspólnego trenowania crossfitu, zaproszenie na błotnistą przygodę terenówkami, czy podwójny bilet na mecz La Ligi w słonecznej Barcelonie. Taki prezent ma sens, jeśli wiadomo, że wpisuje się w nasze zainteresowania czy plany.

A ile razy zdarzyło się Wam, drogie panie, dostać solidny, męski prezent, który z Waszymi zainteresowaniami nie miał nic wspólnego? Jego jedynym celem zdawała się być frajda obdarowującego.

Moje top 5 tego typu podarunków to: 

  1. Strzelanka na konsolę (kiedy gram na PC i wybieram raczej gry strategiczne).
  2. Bilet na bawarską biesiadę (kiedy nie jem mięsa i nie piję piwa). 
  3. Egzotyczny obóz survivalowy last minute (kiedy nie mam aktualnego paszportu, ani urlopu).
  4. Karnet do sklepu z lateksową odzieżą (kiedy zwyczajnie nie gustuję w połyskującym materiale).
  5. Kurs gry w golfa (nie wiem nawet jak to skomentować).

TIP: Owszem, niejedna dziewczyna wrzucona w taką sytuację poczuje się zignorowana, pominięta, a nawet zrobiona w balona.

A wyjścia (klasycznie) są 2: albo odpuszczamy sobie gościa, który nas zwyczajnie nie zna (i najwyraźniej nie chce poznać), albo: kierujemy jego uwagę konsekwentnie w rejony naszych pasji, potrzeb czy planów. Bo może wspólny kurs tańca, weekend w SPA czy masaże dla obu stron, zamówione do domu, okażą się najlepszym prezentem?

Praktycznie czyli kobieco 

Prezenty z kategorii na „pewno jej się przyda” to, podobnie jak czerwona bielizna, klasyka walentynkowych upominków. Z tą różnicą, że praktyczne prezenty to często pierwszy pomysł mężczyzny przy niemal każdej okazji.

Urodziny, imieniny, walentynki, dzień kobiet, rocznice i święta wszelakie są dla wielu panów doskonałym pretekstem, by sprawić ukochanej przedmiot pozornie ułatwiający jej trudną codzienność.

W moim sezamie (czyt. w składziku) mam takie skarby, jak m.in.: suszarka do sałaty, wysoki garnek do gotowania szparagów czy (o, zgrozo!) etui na banany.

Z bardziej osobliwych przykładów zapisałam również takie cuda, jak: nowoczesny, obrotowy mop z zestawem przydatnych końcówek, „Kuchnię Polską” czyli tradycyjną, kulinarną biblię Polaków, domowe kapcie (i nie chodzi o te supermodne laczki z uroczym futerkiem), czy maszynę parową, dzięki której „Twój dom będzie lśnił”. Dom owszem, będzie lśnił, Ty już niekoniecznie.

Praktycznym prezentom (ośmielę się stwierdzić: z jakiejkolwiek okazji) mówimy stanowcze NIE. Mop, klapki i książki kucharskie kupujemy sobie same przy okazji spożywczych zakupów. I niech tak zostanie.  

TIP: Tu widzę tylko jedno wyjście. Mówmy wprost, jak bardzo nietrafione są praktyczne prezenty. Świetną metodą jest posługiwanie się przykładami np. historią zrozpaczonej przyjaciółki, której facet zachował się jak ignorant. Wiedza o porażce innego przedstawiciela gatunku bywa bezcenna i  pomaga ustrzec się przed własną katastrofą. Działa w 100% przypadków.

Scenariusz na 14 lutego: wspólna frajda

Mimo sterty dziwnych prezentów i wielu osobliwych doświadczeń, Walentynki to jedno z moich ulubionych świąt. Jeśli podchodzimy do nich na luzie, mogą stać się jednym z najfajniejszych świąt, na które będziemy czekać z utęsknieniem.

Niech ten dzień będzie czasem, który spędzamy z naszymi dzielnymi poszukiwaczami skarbów tak, jak lubimy. Z myślą o sobie nawzajem. Na luzie.

Drogie panie, niezależnie od tego, czy Waszym wymarzonym scenariuszem jest zamówienie masażu do domu, spontaniczny wyjazd w Bieszczady, czy romantyczny turniej na konsoli, bawcie się w najlepsze z Waszymi drugimi połówkami. Koniec końców… ALL YOU NEED IS LOVE.

Link został skopiowany